czwartek, 9 października 2014

A lato nie odpuszcza

Oj długie te moje odstępy pomiędzy kolejnymi wpisami, długie. Ale przerwa była tylko w aktywności na blogu, a nie w aktywnościach fizycznych. Na to nie mogłem sobie pozwolić, gdyż dojście do formy wiosną po zimowym obżarstwie i braku ruchu kosztowało mnie wiele wysiłku. Bieganie kontynuowałem więc podczas wiosenno letniego pobytu w Szwecji, biegając po pobliskich miejskich parkach I lasach. Biegałem podczas wczasów w Rewalu, kiedy codziennie (no prawie codziennie ;))truchtałem około trzech kilometrów plażą. Biegałem oczywiście też podczas pobytu w domu, do teraz.  
Im cieplej robiło się na zewnątrz, tym częściej urozmaicałem moje bieganie drugą moją ulubioną aktywnością: pływaniem. Na początku w szwedzkich jeziorach, które swoją temperaturą wody przyzwyczajały mnie powoli do wczasów nad polskim zimnym morzem. Potem nad Bałtykiem już nie miałem tak wiele okazji do pływania, bo w Rewalu woda w ciągu trzech tygodni mojego pobytu rzadko przekraczała 14 stopni (co jest graniczną temperaturą dla "białej flagi"), ale kiedy tylko mogłem to wiosłowałem kraulem ile sił w rękach. No a potem... Potem został już tylko basen, ale i kryte baseny nie zatłoczone w miesiącach letnich, a zapełniają się ludźmi dopiero w pierwszych tygodniach roku szkolnego. 
Podsumowując: lato było piękne, I co najważniejsze, nie odpuszcza. Czego ja też sobie życzę, I co do biegania, I co do pisania.

poniedziałek, 26 maja 2014

Bieg na orientację bez orientacji

A co, gdyby tak rzucić to mozolne liczenie kilometrów i czasu w cholerę i zacząć biegać tylko dla przyjemności? W zasadzie to taki był mój plan od początku, ale gdzieś usłyszałem - ktoś mi pokazał - ktoś dodał do znajomych - i założyłem konto w Endomondo. No a to, jak wiadomo, jedna wielka kopalnia talentów biegowych wśród tatusiów (i mamusi) w tak zwanej sile wieku. Dość szybko stwierdziłem, że żebym nie wiem jak się starał, to dwudziestolatkom nie dorównam, no może z wyjątkiem tych co całe dnie palcem po ekranach miziają, a w zawodach żadnych też nie mam ambicji startować, więc to całe Endomondo mi jest totalnie do d... znaczy niczego. Przestałem pisać tutaj na blogu, przestałem rejestrować przebyte kilometry w serwisach społecznościowych, zacząłem pływać i biegać tylko dla siebie. Ale ciągle gdzieś w tyle głowy siedziała myśl, że może a jednak, tak po cichutku, gdzieś tam zapisać sobie te kilometry i zobaczyć czy było szybciej, czy wolniej, czy może nowy rekord... Aż w końcu powiedziałem dość i przestałem liczyć kilometry i czas.
Czas może niezupełnie tak do końca, bo zegarek lubię mieć ze sobą. Po pierwsze jestem zegarkowym hobbystą (dogadałbym się z ministrem Nowakiem ;)), a poza tym lubię wiedzieć kiedy czas skończyć pływanie, czy zawracać buty do domu, bo się na Ligę Mistrzów czy inny hokej nie zdąży.
Tak też było dzisiaj: wybiegłem, wbiegłem do lasu i pobiegłem dokąd ścieżka prowadzi. Biegłem tak i biegłem, aż spojrzałem na niebo (chmurzy się przepotwornie), na zegarek (czas chyba wracać, bo trzeba jeszcze kilka rzeczy w domu ogarnąć, a rano chciał-nie-chciał wstać do roboty), i podjąłem decyzję o tchórzliwym powrocie. Ale ale, co ja tam będę wracał tą samą drogą - pomyślałem. I dalej go dyla wąską ścieżką w las. Minuty mijały, a ścieżka się nie kończyła. Pochmurno, słońca nie widać, ścieżki większej tym bardziej. Odbiegłem w prawo - myślę - to przelecę na przełaj w lewo i się wyrówna. Tak dobiegłem do szerszej ścieżki, aczkolwiek nie mogłem sobie skojarzyć, czy to była ta ścieżka, którą biegłem poprzednio, czy zupełnie inna. Trudno - mruknąłem. Powiedziało się „a”, to i trzeba powiedzieć „b”... I dalej tą ścieżką w prawo. Biegło mi się świetnie, las szumiał, ptaki gdzieniegdzie kwiliły, a minuty uciekały dalej. W końcu dobiegłem do skraju lasu i... Co do jasnej anielki! - Myślę. - Okolicy nie poznaję. Bloki jak bloki, wszędzie tu takie same, ale moje osiedle to nie jest. Trzeba szukać dalej.
Wrzuciłem drugi bieg i pobiegłem tym razem w lewo. I to była dobra decyzja, bo po kilku minutach dobiegłem w okolice, które już znałem. Pocieszenie marne, bo stamtąd jeszcze dziesięć minut spokojnego truchtu do domu, ale zmęczony byłem przednio, jak należy po dobrym wycisku, a zadowolenie zdecydowanie większe niż po nudnym bieganiu po z góry ustalonej trasie.
Może nie proponuję wszystkim takiego freestajlu, ale polecam chociaż raz spróbować zrzucić słuchawki, telefony, wziąć zegarek i klucze od domu i pobiec przed siebie.
A właśnie! Klucze! Ma ktoś pomysł co z nimi zrobić, żeby tak w kieszeni nie dzwoniły?

piątek, 21 lutego 2014

Wiosna idzie, czyli czas wrócić do formy

Jak spojrzałem na datę ostatniego wpisu to się za głowę złapałem. Kilka miesięcy minęło, kilka kilogramów przybyło... Część co prawda całkowicie poprawnych, bo od pływania, któremu się z całą pasją oddaję zimą zamiast biegania, a część niepoprawnych, to znaczy tych, które zmuszają zmienić spodnie na szersze w pasie. I to już dobre nie jest.
Zimą nie lubię biegać. Bo zimno, bo śnieg, bo wieje, bo to, bo tamto. Ale w tym roku zima była (a nawet jeszcze jest) łagodna, postanowiłem więc zamiast znajdować ciągle wymówki wziąć się ogarnąć i zacząć się ruszać zanim trzeba będzie zmienić całą garderobę na nową - większą.

Po kilku miesiącach przerwy miałem pewne obawy co do swojej kondycji, ale okazało się, że nie jest tak źle: pierwsze próby na siłowniowej bieżni pokazały czas około 10 minut na jedną milę, więc wcale nie tak najgorzej. Co więcej, skończyłem co prawda spocony jak mysz kościelna, ale w całkiem niezłej formie i myślę, że spokojnie te dziesięć minut mogłem powtórzyć bez przerwy jeszcze raz. No ale co za dużo to niezdrowo i do formy trzeba wracać powoli.

Oczywiście nie rezygnując z basenu.
I z zumby ;)

wtorek, 24 września 2013

Niedzielna zmiana planów

Wtorek, 24 września 2013

W niedzielę postanowiłem troszkę odmienić swój wysiłek fizyczny i odwiedzić pobliską pływalnię. Niestety okazało się, że na ten sam pomysł wpadło chyba całe Linkoping i pół Ostergotland, bo nie dość, że krążyłem 15 minut po okolicy szukając jakiegokolwiek (nie tylko darmowego) parkingu, to okazało się...
Okazało się, że na pływalni są zawody i o wejściu na jakikolwiek basen do pływania nie ma mowy. No cóż, popluskałem się w grzecznie w basenie ze sztuczną falą, wymoczyłem w jakuzzi, wygrzałem w saunie mokrej, potem w saunie suchej i pojechałem do domu. Odpocząłem nieco i poszedłem pobiegać, bo mnie nosiło z nadmiaru energii. Tak więc nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło.
Podsumowanie: 4 kilometry i 300 metrów w 28 minut. Wolniutko, ale wystarczająco. Ostatnio nie bawi mnie szybkie bieganie, a ja lubię się bawić tym, co robię. A skoro to jeszcze pozwala mi zdrowiej żyć, w co wierzę - jest super!

piątek, 20 września 2013

Powrót do aktywności

Piątek, 20 września 2013

Dawno nic nie pisałem, bo... Dawno też nie biegałem. Wiem, że nie jest to żaden powód do dumy, ale nadal jest to zgodne z moim założeniem, że biegam kiedy chcę, jak daleko chcę i w takim tempie, jakie mi akurat pasuje. I tego będę bronił jak niepodległości.
Ostanie bieganko było więc 6-go września, a ostatni wpis na blogu nawet jeszcze wcześniej. W międzyczasie zmieniłem lokalizację z polskiej na szwedzką i wracam do biegania po północnej stronie naszego morza. W Linkoping zawsze byłem aktywniejszy fizycznie, mam nadzieję, że i tym razem tak będzie. We wtorek pojechałem więc do pracy samochodem, po czym po pracy odebrałem od kolegi swój rower zostawiony tu przed wakacjami i tymże rowerem, po krótkiej reanimacji (korozja go nieco chwyciła przez te trzy miesiące i nie chciał odpalić od pierwszego kopnięcia ;)) wróciłem do domu. No ale co zrobić z samochodem, który został pięć kilometrów od domu? Rozwiązanie było bardzo proste: założyć buty i pobiec po niego. Tak też niewiele się zastanawiając zrobiłem.
Podsumowanie - 4 kilometry z hakiem w 26 minut. Tempo nie było zabójcze, ale ważne że w ogóle jakieś było.

wtorek, 13 sierpnia 2013

No i po urlopie


Poniedziałek, 12 sierpnia 2013 roku
 
Wszystko co dobre się szybko kończy, tak też się stało z urlopem i trzeba było wrócić do pracy. Skończyły się kąpiele w cieplutkim w tym roku polskim morzu i skończyło się bieganie po rewalskiej plaży (bieganie po plaży skończyło się z czystego lenistwa nawet trochę wcześniej, bo prawie dwa tygodnie temu), a zaczęły dojazdy do pracy, pływanie na basenie i bieganie po osiedlu. W poniedziałek założyłem więc ponownie buty i wybiegłem na starą domową trzykilometrową trasę. Nogi przyzwyczajone do truchtania boso po piasku buntowały się nieco jak koń przed uprzężą, ale z kroku na krok było lepiej i lżej i mimo że obawiałem się nieco tej pierwszej przebieżki po dość długiej przerwie, to okazało się, że zupełnie bezpodstawnie. Kondycja nie znikła, a pierwsze oznaki dobrego rozgrzania pojawiły się gdzieś dopiero po pierwszym kilometrze, więc jest OK. Czyżby zbawienny wpływ morskiego powietrza? ;)
Podsumowanie poniedziałkowego truchtu: 3 km w 16 minut i 40 sekund.

piątek, 26 lipca 2013

Śniadanko za bieganko

Piątek, 26 lipca 2013

W niedzielę był dobry początek, w poniedziałek kontynuacja po tej samej trasie, we wtorek krótka przerwa, w środę znowu kontynuacja, ale  po nieco wydłużonej trasie, a wczoraj - Bieg Śniadaniowy.
Biegi Śniadaniowe to cykl rekreacyjnych biegów w nadmorskich kurortach. Organizowane są niezmiennie od dziesięciu lat, a organizatorzy gwarantują znakomitą zabawę, swobodne tempo biegu, energetyczną muzykę oraz wiele dodatkowych atrakcji. Miałem to szczęście, że 25-go lipca byłem akurat w Rewalu.
Punktualnie o 9.00 prowadzący wskoczył na wielkiego Hammera, zaprezentował gości, wśród których byli między innymi Bogusław Mamiński i Jacek Wszoła, ten ostatni przeprowadził rozgrzewkę i ruszyliśmy.
Najpierw za samochodem powoooooli, spacerkiem, zgodnie z ideą biegów sniadaniowych, później nieco szybciej, ale też nie przekraczając norm biegu rekreacyjnego. Po drodze jeszcze dwie przerwy muzyczno-taneczne i po niecałej godzinie mogliśmy się cieszyć śniadaniem na mecie.

Więcej zdjęć z imprezy również w Kurierze Szczecińskim

A dziś - no cóż: kontynuacja prywatnych biegów piaskowych.
Podsumowanie: poniedziałek i środa razem 5 kilometrów w tempie kilometr na 6 minut, czwartek - około 2,5 kilometra w tempie śniadanio... Ups! Spacerowym, a dziś 4 kilometry w tempie 5'40.  Pogoda dopisuje, morze ciepłe, nic tylko korzystać :)