Jak spojrzałem na datę ostatniego wpisu to się za głowę złapałem. Kilka miesięcy minęło, kilka kilogramów przybyło... Część co prawda całkowicie poprawnych, bo od pływania, któremu się z całą pasją oddaję zimą zamiast biegania, a część niepoprawnych, to znaczy tych, które zmuszają zmienić spodnie na szersze w pasie. I to już dobre nie jest.
Zimą nie lubię biegać. Bo zimno, bo śnieg, bo wieje, bo to, bo tamto. Ale w tym roku zima była (a nawet jeszcze jest) łagodna, postanowiłem więc zamiast znajdować ciągle wymówki wziąć się ogarnąć i zacząć się ruszać zanim trzeba będzie zmienić całą garderobę na nową - większą.
Po kilku miesiącach przerwy miałem pewne obawy co do swojej kondycji, ale okazało się, że nie jest tak źle: pierwsze próby na siłowniowej bieżni pokazały czas około 10 minut na jedną milę, więc wcale nie tak najgorzej. Co więcej, skończyłem co prawda spocony jak mysz kościelna, ale w całkiem niezłej formie i myślę, że spokojnie te dziesięć minut mogłem powtórzyć bez przerwy jeszcze raz. No ale co za dużo to niezdrowo i do formy trzeba wracać powoli.
Oczywiście nie rezygnując z basenu.
I z zumby ;)