Poniedziałek, 12 sierpnia 2013 roku
Wszystko co dobre się szybko kończy, tak też się stało z urlopem i
trzeba było wrócić do pracy. Skończyły się kąpiele w cieplutkim w tym roku
polskim morzu i skończyło się bieganie po rewalskiej plaży (bieganie po plaży skończyło
się z czystego lenistwa nawet trochę wcześniej, bo prawie dwa tygodnie temu), a
zaczęły dojazdy do pracy, pływanie na basenie i bieganie po osiedlu. W
poniedziałek założyłem więc ponownie buty i wybiegłem na starą domową
trzykilometrową trasę. Nogi przyzwyczajone do truchtania boso po piasku buntowały
się nieco jak koń przed uprzężą, ale z kroku na krok było lepiej i lżej i mimo
że obawiałem się nieco tej pierwszej przebieżki po dość długiej przerwie, to
okazało się, że zupełnie bezpodstawnie. Kondycja nie znikła, a pierwsze oznaki
dobrego rozgrzania pojawiły się gdzieś dopiero po pierwszym kilometrze, więc
jest OK. Czyżby zbawienny wpływ morskiego powietrza? ;)
Podsumowanie poniedziałkowego truchtu: 3 km w 16 minut i 40 sekund.