Czas może niezupełnie tak do końca, bo zegarek lubię mieć ze sobą. Po pierwsze jestem zegarkowym hobbystą (dogadałbym się z ministrem Nowakiem ;)), a poza tym lubię wiedzieć kiedy czas skończyć pływanie, czy zawracać buty do domu, bo się na Ligę Mistrzów czy inny hokej nie zdąży.
Tak też było dzisiaj: wybiegłem, wbiegłem do lasu i pobiegłem dokąd ścieżka prowadzi. Biegłem tak i biegłem, aż spojrzałem na niebo (chmurzy się przepotwornie), na zegarek (czas chyba wracać, bo trzeba jeszcze kilka rzeczy w domu ogarnąć, a rano chciał-nie-chciał wstać do roboty), i podjąłem decyzję o tchórzliwym powrocie. Ale ale, co ja tam będę wracał tą samą drogą - pomyślałem. I dalej go dyla wąską ścieżką w las. Minuty mijały, a ścieżka się nie kończyła. Pochmurno, słońca nie widać, ścieżki większej tym bardziej. Odbiegłem w prawo - myślę - to przelecę na przełaj w lewo i się wyrówna. Tak dobiegłem do szerszej ścieżki, aczkolwiek nie mogłem sobie skojarzyć, czy to była ta ścieżka, którą biegłem poprzednio, czy zupełnie inna. Trudno - mruknąłem. Powiedziało się „a”, to i trzeba powiedzieć „b”... I dalej tą ścieżką w prawo. Biegło mi się świetnie, las szumiał, ptaki gdzieniegdzie kwiliły, a minuty uciekały dalej. W końcu dobiegłem do skraju lasu i... Co do jasnej anielki! - Myślę. - Okolicy nie poznaję. Bloki jak bloki, wszędzie tu takie same, ale moje osiedle to nie jest. Trzeba szukać dalej.
Wrzuciłem drugi bieg i pobiegłem tym razem w lewo. I to była dobra decyzja, bo po kilku minutach dobiegłem w okolice, które już znałem. Pocieszenie marne, bo stamtąd jeszcze dziesięć minut spokojnego truchtu do domu, ale zmęczony byłem przednio, jak należy po dobrym wycisku, a zadowolenie zdecydowanie większe niż po nudnym bieganiu po z góry ustalonej trasie.
Może nie proponuję wszystkim takiego freestajlu, ale polecam chociaż raz spróbować zrzucić słuchawki, telefony, wziąć zegarek i klucze od domu i pobiec przed siebie.
A właśnie! Klucze! Ma ktoś pomysł co z nimi zrobić, żeby tak w kieszeni nie dzwoniły?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz